
„Ranpo jigoku” (znane też jako „Rampo Noir”) to antologia złożona z czterech nowel zrealizowanych przez czterech twórców: Akio Jissōjiego, Atsushiego Kaneko, Hisayasu Satō i Suguru Takeuchiego. Nowele łączy nie tylko konsekwentnie surrealistyczny ton, ale też obecność Tadanobu Asano, który pojawia się w każdej części a jego energia przechodzi między opowieściami.
Jest to kino połączone wspólnymi obsesjami. W kolejnych segmentach wracają lustra, śmierć, przemoc, sadyzm, a także to charakterystyczne wrażenie, że rzeczywistość na ekranie jest tylko wyobrażeniem.
Warto pamiętać, że film jest inspirowany prozą Edogawy Ranpo (Taro Hirai) — jednego z ojców japońskiej literatury grozy, autora silnie kojarzonego z estetyką ero guro nansensu („erotyczno-groteskowego nonsensu”) z okresu międzywojennego. To ważny trop, bo „Ranpo jigoku” jest dokładnie taki: jednocześnie erotyczny i odpychający, zmysłowy w formie, a przy tym celowo niekomfortowy.
Pierwsza część działa jak krótki, kilkuminutowy impuls – eksperyment o zaskakującej mocy. Nie ma tu miejsca na przypadek: rytm, obraz, pauza, nawet „niewygoda” są odmierzane jak w precyzyjnie skonstruowanym mechanizmie. Pozostałe trzy segmenty to dłuższe formy fabularne, bardziej „klasyczne” w konstrukcji, ale klasyka jest tu tylko przebraniem. Ten film lubi udawać, że opowiada konkretną historię, po czym zostawia widza z niejednoznacznym wrażeniem, w którym odbiorca nie wie czy ogląda jawę czy sen.
Groteska w „Ranpo jigoku” nie jest ozdobnikiem a narzędziem. Dzięki niej, makabra potrafi być jednocześnie absurdalna i realnie niepokojąca. Są tu sceny, które mogą wzbudzić niesmak, rozumiem widza, który w połowie seansu miałby ochotę wstać i powiedzieć: „tego już za wiele”. Ale jeśli dasz filmowi kredyt zaufania, odpłaci się czymś rzadkim: doświadczeniem, które zostaje w głowie na długo po napisach.
Najmocniej broni się warstwa wizualna. Zdjęcia są tu absolutnie wybitne – niepokój jest świadomie budowany za pomocą obrazu. Rewelacyjna inscenizacja w pomieszczeniach z lustrami robi niesamowite wrażenie, podobnie jak wciąż powtarzająca się aria operowa w jednej z części. To kino, które potrafi opowiadać samą kompozycją kadru, światłem i fakturą. Chociażby w ostatnim segmencie filmowym pojawia się niezwykła tylna projekcja podczas jazdy samochodem – do tego niesamowicie wystylizowany strój i włosy bohaterki pokazują jak bardzo Japończycy dbają o estetykę dzieła filmowego.
Czy „Ranpo jigoku” jest arcydziełem? To majstersztyk w swojej niszy, film celowo odrzucający komfort na rzecz formalnej odwagi.
Pierwotna wersja tekstu została opublikowana w 2009 roku na blogu czystaforma.wordpress.com. Fotografia – Szymon Krzyżanowski, 2012.